czwartek, 21 sierpnia 2014

Dlaczego ludzie są ze sobą?

Zastanawiacie się czasami nad tym ?
Ja bardzo często.

Mam takie obserwacje, że jeśli ktoś wychowuje się w rodzinie, która hołduje bardzo konserwatywnemu sposobowi życia, to postrzeganie partnera, szczęścia w życiu i potrzeby posiadania dzieci jest szalenie dziwne.
Tym osobom wydaje się, że dom/mieszkanie, samochód, mąż/żona i dziecko, czasami jeszcze pies to szczyt szczęścia. Jak ma się to wszystko, ma się również gwarancje na bycie szczęśliwym. I wcale nie chodzi o to, kim jest Twój mąż, jak się z nim czujesz, czy podzielacie swoje pasje, lubicie podobnie spędzać czas, macie podobne poglądy i szczęście znaczy dla Was coś podobnego. Nie. Najważniejsze, to mieć papier, że jest się po ślubie i ma żelastwo na palcach, żeby wszyscy wiedzieli-mam męża. I kiedy okazuje się, że ma się to wszystko to gwarantuje szczęście, jakoś tego szczęścia nie ma...bo mam inne upodobania seksualne niż mąż, nienawidzę jego hobby i znajomych, a w ogóle to ja chcę podróżować po świecie, a on najchętniej siedziałby całe popołudnia przed TV. Niczym mi nie imponuje, nic mi się w nim nie podoba, nie pomaga w domu, a gdy mamy wolne nigdzie nie wychodzimy. A miało przecież być tak pięknie, bo papier, wspólne mieszkanie i kredyt na 30 lat miał gwarantować szczęście i błogostan...

Dla mnie to jest totalny odpał. I najlepsze jest to, że w tych rodzinach o związkach się nie rozmawia. W ogóle. Już nie wspominam o seksie, który oczywiście ma być po ślubie jak wspólne zamieszkanie. A potem wielki lament jak się okazuje, że nie tylko seksualnie (a seks jednak jest jednym z fundamentów związku, nie licząc ludzi aseksualnych) ale również osobowościowo i temperamentalnie nie jesteśmy do siebie dopasowani. W ogóle jak można brać na siebie tak wielki zobowiązanie jak kredyt na dom czy jego budowę na 30 lat, z człowiekiem, którego się w ogóle nie zna? Bo co można powiedzieć o mężczyźnie, z którym jest się 5 lat, jeśli widuję go 2 razy w tygodniu, przy stole jego rodziców? Nie mówię o zachodzeniu w ciąż,e zaraz po ślubie...bo ściąganie na siebie problemow finansowych, to jedno, a tworzenie nowego człowieka, który będzie ponosił konsekwencje naszego życia, to już coś zupełnie innego. Dlaczego ta nowa istota ma płacić za głupotę i niedojrzałość rodziców?


To w sumie tyle...takie mam przemyślenia, po jednym ze spotkań towarzyskich. I przeraża mnie, że tak naiwni i niedojrzali ludzie są pokolenia 1990+

6 komentarzy:

  1. wiesz co jest najgorsze ???
    znam pare dziewczyn tuz przed 30-stką, czyli nie jakieś głupie młódki, i one z przekonaniem mówią, że odkąd mają obrączkę, to ludzie ją traktują lepiej
    ja tego nie kumam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ja cieee, no rozumiem że 100 lat temu faktycznie kobieta niezamężna mogła być uważana przez bliźnich za "gorszą", ale dzisiaj to po prostu wychodzi z tych dziewczyn takie totalne zakompleksienie (większe nawet niż u mnie, hehe) w stylu "mam obrączkę to znaczy że ktoś mnie chciał i to jest zajefajne". W skrajnych przypadkach singielki same sobie te obrączki kupują...
      I w ogóle mam wrażenie, że "ta dzisiejsza młodzież" to jakaś taka niefajna generalnie jest...

      Usuń
  2. Hmm... Kiedyś też mi się wydawało, że wyjdę za mąż mając 25 lat, będę miała domek z białym płotkiem, dwójkę dzieci, kudłatego psa i kota. Tymczasem mam lat 27 i nawet nie jestem zaręczona. Nie mam swojego lokum. Ba! Nawet pracę zmieniam stosunkowo często. ;) Wiele osób zaczyna sugerować, że powinnam to zmienić i dążyć do "ideału". Rzecz w tym, że im starsza jestem, tym większe mam obawy i bardziej zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Chyba dlatego dobrze mi tak, jak jest, ponieważ dopiero uczę się odpowiedzialności za siebie. Jak więc mogłabym być odpowiedzialna za kogoś innego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lęk jest najgorszym możliwym doradcą.

      Usuń
  3. Ja to się chyba nie wypowiem. Nie jestem mężatką... Nie znam się właściwie.

    Jedyne, co mogę w tym temacie napisać to to, że ponad "przyzwoite posiadanie pełnej rodziny dla dziecka" (to cytat), wybrałam jednak samotne rodzicielstwo. Stwierdziłam, że ważniejsze dla dziecka jest bezpieczeństwo, a nie posiadanie pełnej rodziny.

    Bo na co komu rodzina z przemocą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą. Co z tego, ze rodzina jest pełna, skoro ludzie w tej rodzinie nie są ze sobą szczęśliwi. Ani pełna rodzina ani heteroseksualni rodzice nie zapewniają swoim dzieciom, ani sobie wzajemnie szczęścia. Jest ono zależne od czegoś zupełnie innego.

      Usuń