W ciągu ostatnich kilku dni wiele rozmawiam o pracy, byłych miejscach pracy, zarządzaniu w firmach, kulturze organizacji itd. Siłą rzeczy, wiele słów pada odnośnie dyrektorów.
Niestety w mojej poprzedniej firmie, miałam ich dwóch i jeden bardziej niekompetentny od drugiego. Nie znali podstaw zarządzania relacjami, które znają (o dziwo!!) niektórzy licealiści (nawet tacy, którzy jeszcze nigdy nie pracowali). O reszcie nawet nie wspominam.
Okazuje się więc, że da się. Trzeba tylko chcieć i wziąć tę wiedzę do głowy.
Jako, że załatwiam ostatnio dużo spraw i kontaktuje się z różnymi ludźmi na stanowiskach kierowniczych czy dyrektorskich, moje obserwacje pogłębiają się.
Sytuacja w której znalazłam się w tym tygodniu powaliła mnie na kolana.
Byłam przekonana, że Pani kierowniczka żartuje.
Otóż jej pracownik dopuścił się rażącego niedopowiedzenia, a dokładniej niedopisania, którego efekty były dla mnie bardzo nieprzyjemne. Poszłam do Pani Kierownik i mówię o całym zdarzeniu. Najpierw zostałam wyśmiana, potem Pani usilnie bagatelizowała sytuację, potem stwierdziła, że skoro te metody nie działają, to zrzuci za całe zajście odpowiedzialność na mnie. I to był błąd. Ona uparcie, zmieniając metody, chciała mnie przekonać, że to nie jest żaden problem, a ja uparcie, stosując technikę zdartej płyty mówiłam jej, że dla mnie to problem. Ba!! Nie tylko dla mnie, dla wszystkich osób, które w podobnej sytuacji zostałyby potraktowane podobnie, to też byłby problem. Po 10 minutach takiej cudownej wymiany zdań, Pani stwierdziła, że weźmie moja sugestie pod uwagę ale (tamdadadam....werble, bo to tutaj właśnie padnie hit miesiąca) nie wie czy przekaże informacje wszystkich pracownikom, bo ich jest tak dużo...(wspomniane dużo to jak sądzę niewiele więcej niż 10 osób).
Rozumiecie to? 21 wiek. Era komputerów, a Pni Kierownik, zarządzająca zespołem, nie wie, jak przekazać zbiorczo jedną, krótką wiadomość. Nie wspomnę o tym, że w trakcie tej rozmowy była na skraju rozpłakania się. Co tylko pokazuje jej kompetencje na tym stanowisku.
ŻENADA!! Kto tych ludzi wybiera na takie stanowiska, skoro nie wiedza, że zbiorcze wiadomości, można np. WOW!! przekazać takim cudownym narzędziem jak skrzynka e-mail ???
Aż mi się cisnęło na usta, że mogę zaproponować Pani kierownik szkolenie z tego, jak się komunikować ze swoim zespołem :)
Nie wiem czy Wy też macie takie doświadczenia. Dla mnie jest oczywiste, że jeżeli w tym kraju, na kluczowych stanowiskach będą pracować osoby, które nie mają podstawowych umiejętności, to nic sią nigdy nie zmieni...zawsze będziemy takim poland-holand, którego nikt nie będzie kojarzyć...
-----------------------------
Po podzieleniu się z Wami moimi obserwacjami i wspaniałej praktyce power vinyasa yogi, zamierzam zajebiście spędzić ten dzień.
A Wy jakie macie plany?
sobota, 30 sierpnia 2014
sobota, 23 sierpnia 2014
Zazdrośni?
Moich obserwacji ciąg dalszy.
Nie wiem czy Wasze obserwacje są podobne. Ja dochodzę do wniosku, że ludzie nie lubią słuchać o sukcesach. Nie lubią także słuchać Ciebie wtedy, kiedy jest bardzo źle. Oczywiście nie mam na myśli prawdziwych przyjaciół, wieloletnich. Mam na myśli kolegów, znajomych. Takich ludzi, z którymi się czasami spotykacie, nie wiedzą o Was przysłowiowego "wszystkiego" ale lubicie spędzać razem czas.
I wygląda to mniej więcej talk. Jeśli dzieje się w Waszym życiu coś nowego. Zmieniacie pracę, zakładacie własną działalność, spodziewacie się dziecka, to są bardzo ale to bardzo ciekawi. Ciekawi co i jak po co, co chcecie zrobić i kiedy. Jeśli wszystko się utrzymuje i jest dobrze, temat przestaje interesować znajomych, pomimo tego, że przecież nadal się rozwija. Nie został wyczerpany. Jednak constans w postaci dobrej sytuacji, nie jest już tak intrygujący.
Kiedy jest źle, jesteście w kropce, spotyka Was w życiu kryzys okazuje się, że Wasi znajomi nie są zainteresowani. Nie chcą słuchać o "złym". Szybko zmieniają temat albo ograniczają spotkania. Czasami dowiadujecie się od nich bezpośrednio lub pośrednio od innych wspólnych znajomych, że nie chcą słuchać takich negatywnych informacji. Oczywiście ma to racje bytu w sytuacji, kiedy faktycznie obciąża się kogoś. Regularnie mówi się tylko o swoich problemach, a spotkania zaczynają wyglądać jak terapia albo konsultacje z psychologiem. Wtedy jasne, nawet przyjaciel ma prawo mieć dość. Ostatecznie terapeuci i psychologowie od czegoś na tym świecie są. I owszem, przyjaciel może być oparciem ale każdy człowiek ma swoje granicę i swoje problemy. Czasami nie jest w stanie udźwignąć czegoś ponad swoje siły.
Rzecz nie w tym, że ktoś nie potrafi słuchać "złego". Rzecz w tym, że coraz częściej zauważam, że ludzie nie potrafią słuchać o sukcesach. Nie mówię, już nawet o tym aby się z tego cieszyć. Nie potrafią o tym słuchać, nie potrafią o to pytać, nie potrafią się tym cieszyć. Sukces dla znajomych jest czymś...niewygodnym.
I jakie to dziwne, bo przecież powinniśmy cieszyć się z tego, co dobre dla innych. Sami chcielibyśmy doświadczać tej dobroci.
Przeraża mnie myśl, że niedługo będziemy tylko "gadać". Bo nie będzie już o czym rozmawiać. Zbyt wiele tematów będzie dla nas niewygodnych.
Osoby zakompleksione szczególnie nie radzą sobie z sukcesami innych. Odzywa się w nich zazdrość i poczucie nieporadności, beznadziejności, że ktoś ma a ja nie mam. Ktoś się odważył podjął ryzyko, a ja nie. Jakie to smutne, że będąc tak mądrymi istotami, wiedząc tak wiele o naszym funkcjonowaniu, tak niewielu z nas pracuje nad sobą...
Nie wiem czy Wasze obserwacje są podobne. Ja dochodzę do wniosku, że ludzie nie lubią słuchać o sukcesach. Nie lubią także słuchać Ciebie wtedy, kiedy jest bardzo źle. Oczywiście nie mam na myśli prawdziwych przyjaciół, wieloletnich. Mam na myśli kolegów, znajomych. Takich ludzi, z którymi się czasami spotykacie, nie wiedzą o Was przysłowiowego "wszystkiego" ale lubicie spędzać razem czas.
I wygląda to mniej więcej talk. Jeśli dzieje się w Waszym życiu coś nowego. Zmieniacie pracę, zakładacie własną działalność, spodziewacie się dziecka, to są bardzo ale to bardzo ciekawi. Ciekawi co i jak po co, co chcecie zrobić i kiedy. Jeśli wszystko się utrzymuje i jest dobrze, temat przestaje interesować znajomych, pomimo tego, że przecież nadal się rozwija. Nie został wyczerpany. Jednak constans w postaci dobrej sytuacji, nie jest już tak intrygujący.
Kiedy jest źle, jesteście w kropce, spotyka Was w życiu kryzys okazuje się, że Wasi znajomi nie są zainteresowani. Nie chcą słuchać o "złym". Szybko zmieniają temat albo ograniczają spotkania. Czasami dowiadujecie się od nich bezpośrednio lub pośrednio od innych wspólnych znajomych, że nie chcą słuchać takich negatywnych informacji. Oczywiście ma to racje bytu w sytuacji, kiedy faktycznie obciąża się kogoś. Regularnie mówi się tylko o swoich problemach, a spotkania zaczynają wyglądać jak terapia albo konsultacje z psychologiem. Wtedy jasne, nawet przyjaciel ma prawo mieć dość. Ostatecznie terapeuci i psychologowie od czegoś na tym świecie są. I owszem, przyjaciel może być oparciem ale każdy człowiek ma swoje granicę i swoje problemy. Czasami nie jest w stanie udźwignąć czegoś ponad swoje siły.
Rzecz nie w tym, że ktoś nie potrafi słuchać "złego". Rzecz w tym, że coraz częściej zauważam, że ludzie nie potrafią słuchać o sukcesach. Nie mówię, już nawet o tym aby się z tego cieszyć. Nie potrafią o tym słuchać, nie potrafią o to pytać, nie potrafią się tym cieszyć. Sukces dla znajomych jest czymś...niewygodnym.
I jakie to dziwne, bo przecież powinniśmy cieszyć się z tego, co dobre dla innych. Sami chcielibyśmy doświadczać tej dobroci.
Przeraża mnie myśl, że niedługo będziemy tylko "gadać". Bo nie będzie już o czym rozmawiać. Zbyt wiele tematów będzie dla nas niewygodnych.
Osoby zakompleksione szczególnie nie radzą sobie z sukcesami innych. Odzywa się w nich zazdrość i poczucie nieporadności, beznadziejności, że ktoś ma a ja nie mam. Ktoś się odważył podjął ryzyko, a ja nie. Jakie to smutne, że będąc tak mądrymi istotami, wiedząc tak wiele o naszym funkcjonowaniu, tak niewielu z nas pracuje nad sobą...
A Wy? Jakie macie obserwacje?
czwartek, 21 sierpnia 2014
Dlaczego ludzie są ze sobą?
Zastanawiacie się czasami nad tym ?
Ja bardzo często.
Mam takie obserwacje, że jeśli ktoś wychowuje się w rodzinie, która hołduje bardzo konserwatywnemu sposobowi życia, to postrzeganie partnera, szczęścia w życiu i potrzeby posiadania dzieci jest szalenie dziwne.
Tym osobom wydaje się, że dom/mieszkanie, samochód, mąż/żona i dziecko, czasami jeszcze pies to szczyt szczęścia. Jak ma się to wszystko, ma się również gwarancje na bycie szczęśliwym. I wcale nie chodzi o to, kim jest Twój mąż, jak się z nim czujesz, czy podzielacie swoje pasje, lubicie podobnie spędzać czas, macie podobne poglądy i szczęście znaczy dla Was coś podobnego. Nie. Najważniejsze, to mieć papier, że jest się po ślubie i ma żelastwo na palcach, żeby wszyscy wiedzieli-mam męża. I kiedy okazuje się, że ma się to wszystko to gwarantuje szczęście, jakoś tego szczęścia nie ma...bo mam inne upodobania seksualne niż mąż, nienawidzę jego hobby i znajomych, a w ogóle to ja chcę podróżować po świecie, a on najchętniej siedziałby całe popołudnia przed TV. Niczym mi nie imponuje, nic mi się w nim nie podoba, nie pomaga w domu, a gdy mamy wolne nigdzie nie wychodzimy. A miało przecież być tak pięknie, bo papier, wspólne mieszkanie i kredyt na 30 lat miał gwarantować szczęście i błogostan...
Dla mnie to jest totalny odpał. I najlepsze jest to, że w tych rodzinach o związkach się nie rozmawia. W ogóle. Już nie wspominam o seksie, który oczywiście ma być po ślubie jak wspólne zamieszkanie. A potem wielki lament jak się okazuje, że nie tylko seksualnie (a seks jednak jest jednym z fundamentów związku, nie licząc ludzi aseksualnych) ale również osobowościowo i temperamentalnie nie jesteśmy do siebie dopasowani. W ogóle jak można brać na siebie tak wielki zobowiązanie jak kredyt na dom czy jego budowę na 30 lat, z człowiekiem, którego się w ogóle nie zna? Bo co można powiedzieć o mężczyźnie, z którym jest się 5 lat, jeśli widuję go 2 razy w tygodniu, przy stole jego rodziców? Nie mówię o zachodzeniu w ciąż,e zaraz po ślubie...bo ściąganie na siebie problemow finansowych, to jedno, a tworzenie nowego człowieka, który będzie ponosił konsekwencje naszego życia, to już coś zupełnie innego. Dlaczego ta nowa istota ma płacić za głupotę i niedojrzałość rodziców?
To w sumie tyle...takie mam przemyślenia, po jednym ze spotkań towarzyskich. I przeraża mnie, że tak naiwni i niedojrzali ludzie są pokolenia 1990+
Ja bardzo często.
Mam takie obserwacje, że jeśli ktoś wychowuje się w rodzinie, która hołduje bardzo konserwatywnemu sposobowi życia, to postrzeganie partnera, szczęścia w życiu i potrzeby posiadania dzieci jest szalenie dziwne.
Tym osobom wydaje się, że dom/mieszkanie, samochód, mąż/żona i dziecko, czasami jeszcze pies to szczyt szczęścia. Jak ma się to wszystko, ma się również gwarancje na bycie szczęśliwym. I wcale nie chodzi o to, kim jest Twój mąż, jak się z nim czujesz, czy podzielacie swoje pasje, lubicie podobnie spędzać czas, macie podobne poglądy i szczęście znaczy dla Was coś podobnego. Nie. Najważniejsze, to mieć papier, że jest się po ślubie i ma żelastwo na palcach, żeby wszyscy wiedzieli-mam męża. I kiedy okazuje się, że ma się to wszystko to gwarantuje szczęście, jakoś tego szczęścia nie ma...bo mam inne upodobania seksualne niż mąż, nienawidzę jego hobby i znajomych, a w ogóle to ja chcę podróżować po świecie, a on najchętniej siedziałby całe popołudnia przed TV. Niczym mi nie imponuje, nic mi się w nim nie podoba, nie pomaga w domu, a gdy mamy wolne nigdzie nie wychodzimy. A miało przecież być tak pięknie, bo papier, wspólne mieszkanie i kredyt na 30 lat miał gwarantować szczęście i błogostan...
Dla mnie to jest totalny odpał. I najlepsze jest to, że w tych rodzinach o związkach się nie rozmawia. W ogóle. Już nie wspominam o seksie, który oczywiście ma być po ślubie jak wspólne zamieszkanie. A potem wielki lament jak się okazuje, że nie tylko seksualnie (a seks jednak jest jednym z fundamentów związku, nie licząc ludzi aseksualnych) ale również osobowościowo i temperamentalnie nie jesteśmy do siebie dopasowani. W ogóle jak można brać na siebie tak wielki zobowiązanie jak kredyt na dom czy jego budowę na 30 lat, z człowiekiem, którego się w ogóle nie zna? Bo co można powiedzieć o mężczyźnie, z którym jest się 5 lat, jeśli widuję go 2 razy w tygodniu, przy stole jego rodziców? Nie mówię o zachodzeniu w ciąż,e zaraz po ślubie...bo ściąganie na siebie problemow finansowych, to jedno, a tworzenie nowego człowieka, który będzie ponosił konsekwencje naszego życia, to już coś zupełnie innego. Dlaczego ta nowa istota ma płacić za głupotę i niedojrzałość rodziców?
To w sumie tyle...takie mam przemyślenia, po jednym ze spotkań towarzyskich. I przeraża mnie, że tak naiwni i niedojrzali ludzie są pokolenia 1990+
Subskrybuj:
Posty (Atom)
